Dróżniczka

„(…)Nic nie może się zacząć ani skończyć naprawdę,

dopóki kropki nad dniem nie postawi sen.(…)”

(Olga Tokarczuk, „Ostatnie historie”)

W środku nocy obudził mnie płacz mamy.

– Co się stało, mamo? – zapytałam.

– Śniło mi się, że tata już nigdy do nas nie wróci.

– Idź spać, mamo. Wróci.

***

Mama i tata bardzo się kochali. Kochali też nas, swoje dzieci (wymarzoną parkę, starszego Mateusza i mnie, maleńką Ewę). Ale nade wszystko kochali swoją pracę – dróżników, od których zależał los podróżnych, ich bagaży i snów. Przekazali nam tę miłość naturalnie, bezszelestnie, bez słów. Tę najczystszą, która przechodzi z duszy do duszy, bez udziału rozumu.

Pewnie to od nich dowiedziałam się, że pewnego dnia do raju dojadę pociągiem. Tylko pociąg jechał w sam raz, stuk po stuku, po wyznaczonych torach, z których nigdy nie zboczył, o ile ktoś nad tym czuwał. A czuwali moi rodzice, więc nie mogło stać się nic złego.

Tej niedzieli dyżur miał tata. Jak zwykle, pociągi przejeżdżały za szybko, ale było ich mniej niż w zwykłe dni, więc mógł oddawać się swojej pracy spokojnie, dokładnie, systematycznie. Właśnie czekał na osobowy z Koluszek do Zakopanego, kiedy do pokoiku dróżnika wpadły dwa ponure typy i zażądały opuszczenia semafora. Tata nic nie zrozumiał, wiedział bowiem, że akurat teraz semafora opuścić nie może, bo przecież pociąg musi bezpiecznie przejechać. Typy miały jednak odmienne zdanie na ten temat i to tak bardzo, że tata poczuł na karku zimny dotyk metalu i usłyszał:

– Opuszczaj semafor, skurwysynu. Natychmiast!

– Nie mogę – mimo wszystko odpowiedział tata.

Tata nie poruszył się w żadną stronę. Nie drgnęła mu ani ręka, ani powieka. Jeden z typów semafor opuścił sam, a tata oberwał w głowę końcówką zimnego metalu i stracił przytomność. Jednak na krótko, zbyt krótko, bo jeszcze zdążył zobaczyć, jak osobowy z Koluszek do Zakopanego wypada z torów, a wraz z nim ludzie, ich bagaże i sny. I rozpłakał się, choć mój tata był bardzo dzielnym człowiekiem.

Następnego dnia tata zamknął się w sobie i w pokoju na naszym stryszku. Nie wychodził z niego nigdy, mama donosiła mu tam jedzenie, przybory toaletowe, czyste ubranie i siebie. Z dnia na dzień spieszyła się coraz bardziej do taty, który prawdopodobnie coraz bardziej na nią czekał. Mama rzadziej pracowała, mniej gotowała, za to częściej mawiała:

– Teraz, dzieci idźcie już spać.

Doszło do tego, że kładliśmy się do łóżek wraz z zachodem słońca, nawet wtedy, kiedy w naszej małej mieścinie panowała zima. Jednak czuwaliśmy do świtu, aby nikomu nie stało się nic złego. Nazwaliśmy siebie strażnikami domu i pilnowaliśmy mamy, taty i pociągów, które (byliśmy przekonani) zboczą z trasy, kiedy tylko zaśniemy. Tamte noce zostały we mnie w postaci świateł, stuku kół, gwizdu lokomotywy i zapachu pociągów, które przemykały obok, potężne, szybkie i nieskończone.

Kiedy byliśmy już bardzo zmęczeni ustaliliśmy warty i czuwaliśmy na zmianę. Jak mama i tata, kiedy jeszcze pracowali razem.

Koleje Państowowe przydzieliły mamie zmiennika, pana Władka, którego jednak nikt z nas nie polubił, bo pan Władek nie lubił swojej pracy. I nie ukrywał tego, jak i sterty butelek po przezroczystym płynie, który mieszał mu w głowie. Był u nas dwie wiosny, jedno lato i zimę. Do czasu, kiedy przez tory przejechały jednocześnie pociąg i samochód.

Pewnej niedzieli Mateusz i ja dorośliśmy na tyle (dlaczego trwało to tak długo?), aby przyjąć obowiązki dróżników. Przyjechał przedstawiciel Kolei Państwowych, mama upiekła ciasto a nasi nieliczni sąsiedzi uświetnili to wielkie wydarzenie. Kiedy już dostaliśmy odpowiednie wstęgi i dyplomy, poleciały w eter przemówienia, miejscowy chór odśpiewał anielskie pieśni, organista odegrał podniosłe melodie, zjedliśmy i wypiliśmy wszystko, co stało na stołach, mama i tata spokojnie zniknęli na stryszku. Nigdy później ich nie zobaczyliśmy – jak i drzwi do nich prowadzących, które wtopiły się w kremowe ściany naszego domu i udawały, że nigdy ich tam nie było.

Lubiłam pracować w dzień, Mateusz wolał noce, więc zgodnie dzieliśmy się naszymi wartami. W wolne dni Mateusz budował dom – raczej malutki domek, z jedną izbą i dwoma oknami – przyszłe miejsce zabaw dzieci. Kolorowy domek stanął pewnego lipcowego dnia w naszym sadzie (no, ten sad to były trzy jabłonie, ale jakie duże!), otoczony małym, białym płotkiem, z okien pociągu na pewno nie było go widać. Czekał na dzieci.

A nocami śniłam. Zasypiałam w rytm sutku kół i gwizdu lokomotyw, które w świetle gwiazd zlewały mi się w jeden pociąg. Mój pociąg do raju.

Kiedy uzbierałam już wystarczająco dużo pieniędzy wybrałam się podróż. To nie było nic wielkiego, Mateusz śmiał się ze mnie, że nie chcę zobaczyć morza ani gór, tylko chcę wsiąść i przejechać z jednego końca Polski na drugi. Jednak dla mnie nie było nic wspanialszego, niż stać się pasażerem, człowiekiem z bagażem, który ogląda świat zza szyby, w przyspieszonym tempie pędzącego pociągu. Świat rozmazany, bez ostrych kantów i wyrazistych barw. Znalazłam pociąg, który jedzie najdłużej i zatrzymuje się na naszej stacji. Osobowy, rzecz jasna, bo tylko taki jechał odpowiednio długo.

Pociąg spóźnił się czterdzieści minut i już się bałam, że nigdzie nie pojadę. Kiedy tylko wsiadłam poszukałam konduktora i zapytałam, co się stało.

– Człowiek nam wskoczył pod lokomotywę i się zabił – powiedział.

– To straszne – powiedziałam.

– No, tak, żeby tak ludziom plany psuć, egoista jakiś! – dodał, sprawdził mój bilet i poszedł.

I pojechałam. Najpierw w jedną stronę, do Rzeszowa. Potem w drugą, do Świnoujścia, potem znów w stronę Rzeszowa. Bez wysiadania, zwiedzania, tracenia cennego czasu i miejsca. W podróży zasypiałam, ale na krótko i tylko po to, żeby się przekonać, że świat za szybą przypomina mój własny, wyśniony, spokojny i nieskończony. Wdychałam zapach pociągu, który zapamiętał wszystkich pasażerów, ich bagaże i sny, a którego ja miałam już nigdy nie zapomnieć.

Jechałam półtora dnia i dwie godziny. Kiedy dojeżdżałam do mojej małej stacyjki było mi smutno i wesoło. Cieszyłam się, że zobaczę znów Mateusza i nasz dom, ale trudno mi było rozstać się z pociągiem. Właśnie kończyła się podróż, która miała mnie zawieźć do raju (na co skrycie liczyłam), a na następną trzeba będzie poczekać co najmniej siedem miesięcy.

– Pomogę Pani – usłyszałam za plecami głos mężczyzny.

– Nie trzeba – odpowiedziałam, ale już wkładałam ręce w rękawy płaszcza, który mi podawał.

Spojrzałam na niego. Chciałam podziękować, ale zapomniałam, bo nigdy jeszcze nie widziałam oczu koloru nieba i takiej jasnej burzy włosów.

– Pani tu wysiada? – zapytał.

– Tak – wydukałam.

– Czy będę mógł panią odwiedzić?

– Oczywiście – odpowiedziałam i zza chmur wyszło słońce.

Od tego dnia (a była to niedziela) czekałam. Owszem, dbałam o semafor i szlaban, gotowałam i sprzątałam, ale poruszałam się, jak we śnie. Niby jak zawsze, ale inaczej, wolniej, bez ostrych kantów. Byłam za szybą.

Nocami nie sypiałam. Zamykałam oczy i myślałam o tym, jak to będzie kiedy On przyjedzie, z bukietem róż, pierścionkiem i przyrzeczeniem na całe życie. No bo niby po co innego chciałby mnie odwiedzić?

Tego dnia znów wszyscy sąsiedzi przyszli na stację, przynieśli napitki i ciasta, rozstawiliśmy stoły, a Janek, który już drugi rok uczył się grać na harmonii, miał swój pierwszy występ. Udany, nie powiem, wszyscy tańczyli i bili mu brawo. Osobowy z Rzeszowa do Świnoujścia właśnie wjechał na stację. Wszystko stanęło, ucichły nawet liście na drzewach, a ja potknęłam się o powietrze i upadłam na kolana, u stóp Tego, który wysiadł z pociągu. I tak już zostało na wieczność, choć inni mówili, że tylko kilka sekund trwało, zanim podał mi rękę i pomógł stanąć na nogi.

– Witaj – powiedział.

– Przyjechałeś – powiedziałam.

– Przejeżdżałem – odpowiedział.

I znów wróciliśmy do stołu, gdzie wszyscy bili nam brawo (Janek obraził się, że tym razem to nie jemu i więcej nie zagrał), pili, śmiali się i rozmawiali. Tylko ja jedna nic nie słyszałam, poza szumem wiatru w Jego włosach i szeptem Jego uśmiechu. Wypiłam trochę czerwonego wina, jak wszyscy. Było pyszne.

Tej nocy także nie spałam, a świat zawirował mi w szybszym tańcu, niż mógł się poruszać jakikolwiek pociąg, nawet Intercity. Ale w tym tańcu prowadził On – i wreszcie dojechałam do raju. Tyle, że nie pociągiem, ale jakie to miało wtedy znaczenie?

Wstałam wczesnym rankiem, przygotowałam odświętne śniadanie, usiadłam przy stole i czekałam. Pierwszy przyszedł Mateusz, trochę zdziwiony, co tak sama siedzę, ale ponieważ nie mógł się ze mną dogadać, zabrał się za jedzenie. On wszedł tylko po to, żeby się pożegnać. Spieszył się bardzo na pociąg, faktycznie pospieszny do Elbląga miał nadjechać za dwanaście minut. Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc tylko coś bąknęłam, że czekałam, że śniadanie, że piękny dziś dzień, po co się spieszyć… „Praca” – rzucił a na stole położył kartkę papieru, na której stały w równym rządku litery – Jego adres.

– Napisz – powiedział.

– Napiszę. Kiedy przyjedziesz? – zapytałam

– Jak będę przejeżdżał – odpowiedział.

I znów czekałam. Mateusz zaczął się o mnie martwić dopiero wtedy, kiedy kompletnie przestał mnie interesować rozkład jazdy pociągów. Mówił, że będzie musiał poszukać zmiennika, bo ze mną to jeszcze jakieś nieszczęście się zdarzy. Nie rozumiał, że czekałam, przecież ten bukiet, pierścionek i przyrzeczenie na całe życie jeszcze nie dojechały. Byłam w raju i nie miałam ochoty z niego wracać.

Nocami zamykałam oczy i myślałam o białej sukni (cudnej, całej z atłasu i koronek!), Jego rodzinie, pracy i naszych dzieciach. Chciałam nawet rzucić posadę dróżniczki, bo przecież jest miłość większa, pełniejsza, jak choćby i naszych rodziców. Widziałam, jak On znów wysiada na naszej stacyjce, łapie mnie w ramiona i nigdy z nich nie wypuszcza. I kiedy zobaczyłam to wszystko nieskończoną liczbę razy, napisałam list. Musiałam zresztą napisać, bo przynajmniej jedno moje marzenie już się spełniło. Mieliśmy dziecko.

Odpisał. Chciał przyjechać, porozmowiać, wybierał się niebawem. Tylko ta praca tak bardzo odbierała mu czas, ale „dobrze, że jest bo dzięki niej są pieniądze”. Nawet sporo napisał o tych pieniądzach, w sumie nie wiadomo po co.

Powiedziałam Mateuszowi, że czas przygotować się do ślubu. Musimy przeorganizować dom (dobrze, że był już w sadzie domek zabaw dla dziecka), zaprosić gości, zebrać pieniądze na mój posag. Zdziwił się trochę i zaczął się upierać, że ślubu nie będzie, dopóki On nie poprosi o moją rękę. Ale o to, to ja już byłam spokojna.

Nocą jak zwykle zamknęłam oczy, tyle że tym razem On przyjechał. Wysiadł z pociągu, po cichu, nocą, bezszelestnie. Przyszedł do mnie, pocałował i włożył coś pod moją poduszkę. Potem sam położył się obok i zasnął. Kiedy się obudziłam Jego już nie było, a pod poduszką znalazłam kopertę. A na niej trzy słowa: „Powinno wystarczyć. Przepraszam”. W środku było trochę pieniędzy, za dużo na podróż pociągiem, za mało na cokolwiek innego.

Znów zamknęłam oczy i postanowiłam nigdy ich już nie otwierać. Zostałam w jedynym miejscu, które jeszcze pamiętało mój raj, a Mateusz przynosił mi jedzenie, przybory toaletowe i czyste ubrania. Zostawał ze mną na długie godziny, w trakcie których głaskał mnie po głowie. A ja co raz odjeżdżałam, moim prywatnym pociągiem, w sam raz, stuk po stuku, po wyznaczonych torach, z których nigdy miałam nie zboczyć, bo ktoś nad tym czuwał. A czuwali moi rodzice, więc nie mogło stać się nic złego.

Takiego ślubu świat (a przynajmniej nasza stacyjka) wcześniej nie widział. Kościół cały w kwiatach wita tłumy gości (przyjechali z całej Polski, pociągami), chór śpiewa anielskie pieśni, organista wygrywa podniosłe melodie, ksiądz błogosławi. A w środku tego wszystkiego ja w białej, cudnej, atłasowej sukni z mnóstwem koronek, wsparta na ramieniu brata dumnie stąpam w kierunku ołtarza. Przy ołtarzu czeka ktoś, niewyraźny, rozmazany, bez ostrych konturów i barw. Przechodzimy przez niego, idziemy dalej i dalej, mijamy ławy, księdza, ołtarz. Tłum śpiewa, płacze, wiwatuje. A my spokojnie znikamy. Znika też ołtarz, który wtapia się w surową, białą ścianę kościoła i udaje, że nigdy go tam nie było.

***

W środku nocy obudził mnie płacz dziecka.

– Co się stało, synku? – zapytałam.

– Śniło mi się, że tata nigdy do nas wróci.

– Idź spać, synku. Wróci.

Warszawa, styczeń 2005.

(Visited 21 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider