Ballada o szewczyku

„ (…) Błogosławiony trud, z którego twórczej mocy,

powstaje taki but, wśród takiej srebrnej nocy (…)”

Bolesław Leśmian, „Szewczyk”

Miałem kiedyś lunetę. Była długa i srebrna. Kiedy wysuwałem ją na cała długość, sprawiała wrażenie Mlecznej Drogi. Mała, okrągła szybka mojej lunety wyprawiała mnie w kosmos. Tam zawsze było ciemno, czasem tylko zaświeciła jakaś mała, zabłąkana  gwiazdka. Zawsze bardzo chciałem postawić stopę na Księżycu. On był moim celem. Do czasu, kiedy nie ujrzałem Jej. Świeciła najjaśniej, najmocniej i najsmutniej. Nazwałem ją Gwiazdą Płaczącą. Teraz chciałem już tylko, żeby przestała płakać.

Bardzo lubiłem moja lunetę. Do czasu, kiedy nie zacząłem jej nienawidzić.

Tej nocy nigdy nie zapomnę. Okienko mojej lunety aż pociemniało na moment, a może to ja, na ten ułamek czarnej sekundy, straciłem wzrok. Zobaczyłem, jak pięść ojca leci na twarz matki. Zwarte, silne, regularne ciosy przybijały ją do ziemi. Nie wstała po kolejnym. Ale jemu wciąż było mało. Kopniaki leciały z tą samą regularnością, ale z naturalnie większą, siłą. Matka już nie próbowała się zasłonić, nie prosiła, nie płakała. W ogóle nic już nie robiła. Nie ruszała się. Jedynym jej łącznikiem ze światem żywych była strużka krwi, która szybko zamieniała się w jezioro na jej twarzy, włosach, na kuchennej podłodze. Ojciec zapragnął lustra, stołu, garnków, talerzy. Na twarz kobiety poleciały okruchy szkła, kropki musztardy, kromki cieniutko pokrojonego, chleba. A potem wrzątek. Matka jednak żyła. Inaczej przecież dzieci nie usłyszałyby jej krzyku.

– Ja chcę do mamy – zapłakał chłopiec.

– Ja też – zapłakała dziewczyna.

Dziewczyna spojrzała przez okno. Nie widziała mnie. Nie wiedziała, że widzę jej słowa. To była piękna noc, na ciemnym niebie gwiazdy świeciły wyjątkowo jasno. Księżyc zbliżał się do pełni. Dziewczyna podeszła do okna, twarz przytuliła do szyby.

– Pomóż mi, kimkolwiek jesteś, gdziekolwiek jesteś – wyszeptała. I zasnęła.

Za ścianą było cicho. Za cicho.

Nie mogłem nic zrobić. Bałem się. No i zobaczyłem Ją. Płakała, była taka śliczna, taka bezbronna. Jej łzy rozmywały się na szybie, a długie jasne włosy po raz pierwszy przesłoniły mi księżyc. Ale nie po raz ostatni. Prosiła o pomoc. Usłyszałem to wyraźnie. A może tylko zobaczyłem. Dziewczyna prosiła o pomoc. Jak mógłbym jej odmówić?

Musiałem mieć plan. Bez planu żaden, nawet najlepszy pomysł, nie miał szans. Jednak ja nie miałem nawet pomysłu. Mój cały świat zaczynał się na lunecie a kończył gdzieś za horyzontem Mlecznej Drogi. Gwiezdne plany nie miały dla mnie tajemnic. Jednak tym razem musiał to być plan ziemski. Miałem uratować dziewczynę. Wtedy nie przeczuwałem jeszcze jak bardzo jest ona Gwiazdą i jak dalece mój plan musiał być nieziemski. Nie wiedziałem nic. Ale musiałem działać. I musiałem jakoś wykorzystać lunetę.

Obserwacje nieba nauczyły mnie cierpliwości. We wszechświecie czas płynie wolniej, a może wcale nie płynie? Ale tutaj, na ziemi, czas pędził jak światło, zwłaszcza Jej czas. Musiałem jakoś pogodzić czas kosmiczny i tempo działania mojej lunety z czasem dziewczyny, zbliżającym ją nieuchronnie do kolejnych łez. I wtedy wpadłem na pomysł. To był świetny pomysł. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Podziałka mojej lunety zawsze była niezawodna. Nie raz już wyliczała moją drogę do Księżyca i nigdy się nie pomyliła. Więcej, droga ta zawsze miała taką samą długość, zmieniał się tylko czas jej pokonania. Nie zawsze na korzyść dla mnie. Teraz nie było to jednak ważne. Ważna była biała bluzeczka mojej Gwiazdy i cieniutka biała aksamitka, zawsze zawiązana na jej szyi na kokardkę. Światło Księżyca sprawiało, że cieniutka niteczka była srebrna. Zresztą może naprawdę była?

Moja luneta zaczęła pomiary. Musiały być niezwykle dokładne. Jednak rzadko miałem okazję zobaczenia Jej stóp. Zacząłem więc od zmierzenia cienkiej kreski aksamitki. Wiedziałem już, że i paseczek, i kokardka muszą być Tych Samych rozmiarów. Tylko jak zmierzyć bucik?

Pomysł przyszedł mi do głowy po rozmowie z Dziadkiem. Dziadek nigdy niczego nie usłyszał, ani niczego nie powiedział. Jednak ja zawsze wiedziałem, co myśli, pokazywał mi to na palcach. Dzięki niemu poznałem wszystkie bajki i prawdę.

Dziadek był kiedyś szewcem. Jednak z biegiem czasu palce mu osłabły, drażnili go ludzie, którzy nie rozumieli ani jego mowy, ani jego butów. Wtedy Dziadek został bajarzem, a jego stareńki, za to bardzo dobrze utrzymany, warsztat szewski czekał na lepsze czasy na naszym strychu.

Dziadek wymyślał różne bajki, jednak płakał opowiadając tylko jedną – o Kopciuszku. Nie była to jego bajka, ale kochał ją jak własną. Odkąd tylko rozumiałem jego mowę słuchałem z zachwytem opowieści o biednej dziewczynie, którą ratuje para bucików. Wiedziałem, że takie buciki sprawiają cuda, o ile są odpowiednio malutkie i pasują jak ulał.

I tak ukochana bajka Dziadka podpowiedziała mi, jak uratować moją dziewczynę. To było takie proste, dlaczego wcześniej na to nie wpadłem? Tylko dobry but mógł wyprowadzić Gwiazdę na jej Mleczną Drogę. I to ja musiałem go zrobić. Dokładnie dwa buciki, przecież w jednym nie doszłaby za daleko.

Od tej pory moja luneta skupiona była tylko na jednym celu: zmierzyć nóżkę. Przestałem śledzić ruchy gwiazd, stracił dla mnie blask nawet Księżyc. Co noc wpatrywałem się w okna małego mieszkanka naprzeciwko. Co noc bałem się, że znowu zobaczę coś strasznego. Jednak Cel przesłaniał mi wszystko i, nie zważając na trzęsące się palce, gapiłem się przez okienko lunety. Nie raz zobaczyłem to, czego się bałem. Nie raz.

Ona pojawiała się rzadko. Zawsze, kiedy wracała do domu, szybko przechodziła przez  kuchnię i nie podnosząc główki chowała się w pokoiku swoim i braciszka. Natychmiast siadała w kąciku i zasłaniała twarz włosami i książką. Zawsze tą samą książką, moja Dziewczyna czytała tylko wiersze. Musiały być bardzo piękne, skoro czasem, kiedy podchodziła do okna, uśmiechała się.  Wtedy zrozumiałem, że buciki muszą być piękniejsze od wierszy. Nie umiałem jeszcze ich uszyć, ale już wtedy przeczuwałem, że jest to problem czysto techniczny, który z łatwością rozwiążę. Miałem rację. Jak wielką okazało się, kiedy po raz pierwszy moja luneta zmierzyła jej stópkę. Nie uwierzyłem, taka była malutka.

Dziadek zaprowadził mnie na strych. Czekał z tym do momentu, aż będę chciał tam pójść. Nigdy wcześniej nie widziałem na jego twarzy tak pełnego uśmiechu, jak tego wieczoru, kiedy powiedziałem mu o swoim pomyśle.

– Chcesz uszyć buciki dla Kopciuszka? – spytał na palcach Dziadek.

– Tak, srebrne buciki – odpowiedziałem.

Więcej słów, znaków, ani nawet spojrzeń, nie było nam potrzebne. Dziadek zrozumiał, że mam misję, a jako że była to i jego wymarzona misja, zaprowadził mnie na górę, posadził przed stołem szewca i pokazał: – Szyj. Nie pytałem go, co robić. I tak by mi nie odpowiedział. Zawsze uważał, że rzeczy ważne powstają bez niczyjego planu, a technika ich tworzenia jest elementem nieistotnym. Tak i ja uważałem, to też wziąłem do ręki szydło i  srebrną dratewkę, a na stole ustawiłem dwa ogromne słoje kleju i cztery najmniejsze kopyta. Zacząłem pomiary, bo wydawało mi się logiczne, że od tego zacząć trzeba. I wtedy znów straciłem wiarę. Okazało się bowiem, że stópka mojej Gwiazdy nie istnieje, a w żadnym razie nie istnieje kopyto tej miary. Przynajmniej w pracowni Dziadka. Nie wiedząc, co począć, tym bardziej, że tak bardzo kusiła mnie srebrna nić nanizana na szydło, postanowiłem jeszcze raz zmierzyć stópkę. Nie był to raz ostatni.

Tej nocy nie widziałem Księżyca, a gwiazdy były całkowicie niewidoczne. Deszcz lał tak gęsto, że moja luneta odmawiała głębszego spojrzenia. Przybliżała mi tylko zwykła wodę z dokładnością do jednej tysięcznej kropli deszczu Ja jednak musiałem dokonać pomiarów, więc sterowałem ostrością mojej lunety tak długo, aż w końcu odnalazła małe mieszkanko na przeciwko. Od razu pożałowałem, że ją do tego zmusiłem.

Tym razem ojciec nie bił matki; tym razem ojciec wychowywał dzieci. Matka siedziała w kącie kuchennego stołu ze wzrokiem wbitym w podłogę. Czasem próbowała coś powiedzieć, ale widziałem tylko pojedyncze słowa, kiedy na moment unosiła twarz. I nawet gdybym jej słów czytać nie umiał, wiedziałbym, że prosi. Błagała każdym spojrzeniem, ruchem włosów, grymasem ust. Ojciec nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Kiedy zakończył metodyczne okładanie pasem synka, przytulił moją Dziewczynę. Próbowała się wyrwać, chciała pewnie podnieść z podłogi nagiego, płaczącego, sinego braciszka. Wtedy dostała w twarz. Poleciała na ścianę. Ojciec dopadł ją tam i bił po głowie tak długo, aż przestała się bronić. Spojrzała na niego, i chyba to był jej największy błąd. W rękach ojca znów pojawił się pas, a ruchy głowy nie znosiły sprzeciwu. Później długo zastanawiałem się, czy dobrze zrozumiałem jego słowa. Na ich dźwięk Dziewczyna uśmiechnęła się do ojca, podniosła głowę, włosy przeczesała palcami. Ojciec odszedł od niej na kilka kroków i przyglądał się jej ruchom. I wtedy moja Dziewczyna zniknęła. Musiała mocno trzasnąć drzwiami; nie zamknęły się, tylko huśtały z bezbronnie opuszczoną klamką.

Moja Dziewczyna nie rozebrała się.

Przez kilka długich dni bałem się spojrzeć przez lunetę. Zamknąłem się na strychu i obłędnie próbowałem dopasować najmniejsze kopyto do rozmiarów stópki, które znałem. Nie dokonałem ponownych pomiarów, a jako że moja luneta nigdy się nie pomyliła, zaufałem jej i tym razem. Komuś musiałem zaufać.

Dziadek nakrył mnie z pilnikiem do paznokci w ręku szlifującego, za długi o pół paznokcia, czub kopyta. Uśmiechnął się tylko i wszedł za szafę. Ponieważ nie wracał zza niej kilka, a może nawet kilkanaście minut, wróciłem do pracy i po chwili byłem już bliski celu. To znaczy, byłbym, gdyby nie to, że złamałem pilnik. Kiedy ze łzami w oczach podnosiłem głowę ujrzałem stojącego nade mną Dziadka. Zapytałem go, skąd się tu wziął ale on nie tracąc czasu na rozmowę położył mi na stole kopyto. W tym momencie powinien był znowu zniknąć, jednak nie zrobił tego. Zrozumiałem, że chce mi coś powiedzieć.

– Weź To kopyto – powiedział.

– Dziękuję – odpowiedziałem.

Jednak Dziadek stał nadal. Kiedy próbowałem wziąć do rąk maleńkie kopyto położył swoją wielką dłoń na stole i zatrzymał mój ruch. Na palcach drugiej ręki powiedział tylko dwa słowa: – Sprawdź rozmiar.

I jednak sobie poszedł.

W mieszkanku na przeciwko najczęściej spotykałem matkę. To ona krzątała się w dzień, kiedy spokój i cisza pozwalały jej podnosić głowę. Czasem ośmielała się i wykonywała coś w rodzaju tańca. W ciepłe dni, kiedy otwarte okna mieszały ze sobą wszystkie dźwięki, ja i moja luneta wyławialiśmy muzykę z jej małego radia, ukrytego na starej lodówce. Przyglądanie się matce mojej Dziewczyny wciągnęło mnie. Szukałem w niej choć odrobiny uśmiechu, gestu, czy stąpnięcia córki.

Ale nie zapominałem o podstawowym celu moich obserwacji. Przecież stopy matki i córki powinny mieć ze sobą wiele wspólnego. A jednak nie miały nic. Stopa matki, dokładnie wymierzona przez moją lunetę, liczyła sobie niezmiennie 37 centymetrów, i nie chciała ani więcej, ani mniej. A zwłaszcza mniej.

A moja dziewczyna bywała złośliwa. Ilekroć zasiadałem przy oknie z wyprężona lunetą, całkowicie gotów do pomiarów, Ona zwijała się w kłębek, pozwalając mi na uchwycenie kosmyka włosów, czy srebra aksamitki. Ta sytuacja trwała do dnia, kiedy przy oknie zastał mnie Dziadek.

O nic nie pytał, niczego nie tłumaczył. Usiadł na moim miejscu, pokręcił lunetą, policzył na kartce i pokazał wynik: 34. Nie byłem zdziwiony, ten sam rozmiar stópki znałem od samego początku, jednak musiałem Dziadka zapytać, jak szybko dokonał pomiarów, które mnie zajmowały tygodnie. Dziadek uśmiechnął się i powiedział: – Ja jej nie kocham.

I tak strych został moim drugim królestwem. Niepokój, że buciki nie będą leżały jak ulał, spędzał mi sen z powiek. Więc nie spałem, tylko szyłem. A kiedy nie szyłem, patrzyłem. Czasem tylko sprawdzałem jeszcze rozmiar stópki mojej Dziewczyny, śledząc kroki innych kobiet na ulicach, ale nie trwało to długo. Zrozumiałem bowiem to, co rozumieć powinienem od samego początku: moja Dziewczyna była wyjątkowa, więc i jej stópka była wyjątkowa. To proste, tak samo jak to, że buciki też musiały być wyjątkowe. Te wnioski upewniły mnie tylko w niepewności, czy aby podołam. Przecież ja nie byłem wyjątkowy.

Maleńkie kopyto ułatwiało mi pracę. Srebrna dratewka tańczyła za szydłem tak wdzięcznie, że sam nie zauważyłem kiedy skrawek materii stawał się bucikiem. Wiedziałem, rzecz jasna, że nie jest to moja zasługa, jednak z zadowoleniem patrzyłem na kształt, którego wcześniej nawet nie podejrzewałem. Delikatny, maleńki nosek bucika przypominał nosek mojej Gwiazdy, a srebrna nitka miała dokładnie ten sam blask co jej oczy. Z początku ręce drżały mi, kiedy przeciągałem szydło przez zwarty, choć jeszcze bezkształtny materiał, jednak z czasem po prostu zapomniałem o nich. Patrzyłem jak szyję i nie myślałem. Kiedy moja dratewka stawała się coraz cieńsza, przechodząc niewidzialnie w paseczek, pomyślałem po raz pierwszy: o kokardce. Zupełnie niepotrzebnie pomyślałem. Kokardka też uszyła się sama, a ja tylko wprawnie umieściłem ją pośrodku srebrnego paseczka. Gdyby nie to, że musiałem pamiętać o podeszwie, założyłbym moje dzieło Dziewczynie na palec, jak pierścień zaręczynowy. Taki piękny był ten mój bucik.

Opamiętanie przyszło razem z pierwszym śniegiem. Nie lubiłem śniegu, bo moja luneta pokazywała tylko biel, a ja szukałem czegoś zupełnie innego. Musiałem bowiem sprawdzić, czy moje buciki zaczynają czynić cuda. Nie były wprawdzie jeszcze skończone, ani nie dotknęły swojego przeznaczenia, ale już BYŁY. Tę noc oddałem patrzeniu. Wprawdzie ręce domagały się szydła i kleju, ale powstrzymałem je i zastygłem w bezruchu. Zostałem tak do rana, choć sam nie wiem, co wtedy znaczyło rano. Przecież było ciemno.

Nie tylko ojciec dobrze bawił się tej nocy.  Na początku wydawało się, że wszyscy dobrze się bawią. Rodzina biesiadowała przy zastawionym stole, matka znów próbowała tańczyć, a moja Dziewczyna śmiała się kiedy jej braciszek chował się przed ojcem; przecież to była tylko zabawa.

I choć tyle razy o tym myślałem, nigdy nie zrozumiałem, kiedy wszystko stanęło. Czy to pusta butelka, która turlała się po podłodze, czy mała plamka sosu na obrusie, czy może czyjeś złe słowo, którego nie zobaczyłem, dość na tym, że ojciec wyszedł. Moja dziewczyna zastygła z książką na twarzy; tylko ja wiedziałem, że nie czyta. Braciszek wtulił się w siostrę, a matka schowała twarz w dłoniach. Nikt z nas nie wiedział, jak prędko obrazy poruszą się na nowo. I wtedy ojciec wrócił i powiedział tylko dwa słowa: – Zabiję was. I znowu wyszedł. Wiedziałem, że nie żartował.

Matka po prostu porwała synka i zniknęła. A moja dziewczyna, z wolna otulając się białym ciepłem, rozpływała się w śnieżnej ciszy. Zauważyłem, że na nogach nie miała bucików. Przestraszyłem się, że już do mnie nie wróci.

Szyłem i płakałem. A w zasadzie kleiłem i płakałem, a moje łzy mieszały się z gęsta, białą mazią. Nienawidziłem tej bieli. Przecież biały był mróz, po którym stąpała Moja Dziewczyna całkiem bosa. Biały był śnieg, zza którego nic nie widziałem, biała była Mleczna Droga, od której tak bardzo się oddaliłem. Za to kochałem srebro. Srebrna była aksamitka mojej Gwiazdy i buciki. Srebrne były gwiazdy, w tym moja, najjaśniejsza. I wbrew powszechnym sądom wierzyłem, że srebrny jest kolor nadziei. Mojej i Jej.

Najgorszy czas przyszedł, kiedy buciki były gotowe. Straciłem moją pracę, dni i noce wypełnione szydłem, dratewką, klejem i zupełnie niepotrzebnym pilnikiem. Dziadek nie mógł dłużej patrzeć na mój bezruch, więc wychodził na długie godziny. Nic nie mówił, czekał. I ja czekałem. Cały świat czekał na Moją Gwiazdę. Tylko ona mogła sprawić, aby wszystko na nowo ożyło. I tylko na Nią czekało moje maleńkie, srebrne dzieło. Tylko czy było jeszcze potrzebne?

Puste godziny wypełniałem wyostrzaniem lunety, jednak skutek był zawsze jednaki. W mieszkanku naprzeciwko żył tylko ojciec. Też czekał.

Tej nocy poznałem wszystkie moje uczucia. Zrozumiałem też moją prawdziwą niemoc i prawdziwą moc. Nigdy wcześniej nie było tak zimno, nigdy wcześniej nie było tak ciemno. Nigdy też nie widziałem takich cudów. Moja dziewczyna wróciła.

Nie była sama. Z mieszkanka naprzeciwko luneta wyłowiła cały tłum ludzi. Nabrałem przekonania, że ojciec skruszał i postanowił naprawić wszystkie swoje błędy. A do pomocy wziął sobie kolegów.

Cała rodzina śpiewała o cudach, choć do Wigilli zostało jeszcze sześć dni. Jednak blask w oczach matki przeczył datom, a śmiech Mojej Dziewczyny było słychać jeszcze hen za Mleczną Drogą. Jej braciszek nie schodził z kolan ojca, wpatrzony z zachwytem w twarz, której tyle razy nienawidził. Koledzy ojca rozdawali prezenty, sztuczne ognie tańczyły w rytm usmiechów, w domu było ciepło i kolorowo. Jak w bajce. I nawet na odległość mojej lunety było widać, że ta bajka się skończy. 

Dziadek stał za moimi plecami i nie ruszał się. Myślałem, że sobie pójdzie, jednak trwał tam, tak długo, aż musiałem oderwać oczy od lunety i spojrzeć na niego. Dziadek trzymał w rękach tacę. Nie byłem głodny, więc wróciłem do moich obserwacji. Jednak Dziadek stał nadal, więc spojrzałem na niego raz jeszcze. Dziadek zatrzymał mój wzrok: na tacy leżały srebrne buciki. Dziadek, jak zawsze, najlepiej wiedział, że będą potrzebne. Wstałem, wziąłem z jego rąk tacę i postawiłem ją delikatnie obok okna. Dziadek odszedł, a ja patrzyłem na bajkowy świat mieszkanka na przeciwko ukryty w cieniu maleńkich bucików. Jednak, mimo iż przekręcałem lunetę na wszystkie strony, moja dziewczyna ich nie widziała. Jeszcze nie.

Nie wiem, kiedy zasnąłem. Wiem tylko, że od tej chwili sen sobie poszedł, a moje oczy wpatrują się z jeszcze większą intensywnością w Drogę Mleczną. Nie zamykają się, tak jak wtedy nie zamknęły się drzwi od pokoiku Mojej Dziewczyny i jej braciszka. Gdyby moje myśli były wówczas bardziej przytomne, wiedziałbym, że blade światełko w Jej mieszkanku nie jest dobrą wróżbą. Jednak płatki śniegu spadały tak spokojnie, że dałem się oszukać i znów przymknąłęm oczy. Ostatni raz w życiu.

Moja luneta usłyszała ten krzyk. Stanąłem na baczność, a jeden z bucików spadł na podłogę. I wszystko stanęło. No bo i jak mogło się ruszać, kiedy Moja Dziewczyna utknęła w ogromnych łapach kolegi ojca. Trzymałem moją lunetę mocno, nie chcąc uronić ani jednej jej łzy, ani jednego słowa. Zobaczyłem tylko jedno zdanie:

– To prezent od wujka, maleńka.

I całe morze łez.

Przestałem oddychać, zupełnie tak samo jak Ona. Bezruch i ciszę potęgował tylko jeden na całym świecie, rytmiczny ruch. W końcu i on ustał. Zapłakałem, i zawołałem Dziadka. Nie wiem, jak mnie usłyszał, ale wiedział, że musi mi pomóc. Sam nie dałbym rady wyjść z domu.

Koła mojego wózka ślizgały się po zamarzniętym śniegu. Nie zważałem na to i pędziłem szybko, żeby zdążyć. Nie myślałem, nie krzyczałem, nie płakałem. Na moich kolanach, owinięte w koc, jechały srebrne buciki. Leżały cichutko, tak jakby chciały mi pomóc. Pokonanie małej uliczki do bloku na przeciwko zajęło mi znacznie więcej czasu, niż mogłem kiedykolwiek obliczyć. Jednak nie miało to żadnego znaczenia, bowiem na drodze do celu stanęły mi trzy małe schodki. I choć zaklinałem wszystkie gwiazdy, nie zdołałem na nie wjechać. Mój wózek stawał dęba tyle razy, ile było trzeba, jednak żadną miarą nie wskoczył do domu. Tylko moje buciki leżały cały czas nieporuszone. I czekały.

Luneta szalała w moich rękach, tak samo jak matka. Prześcieradło mojej Gwiazdy było całe we krwi, braciszek nie wyszedł spod swojego łóżka, a ojciec trzymał się za głowę. Nawet on płakał.

Wiedziałem, że uciekła, wszyscy wiedzieli. Postanowiłem raz jeszcze wyruszyć w wielki świat i Ją odnaleźć. Wierzyłem, że srebrne buciki, kiedy trafią wreszcie na maleńkie stópki, odmienią Jej życie, a pamięć przestanie istnieć. Dziadek jeszcze raz wypchnął mnie z domu, i choć miał mokre oczy, przykazał bym nie wracał, zanim nie wypełnię planu. Tego ziemskiego planu.

– Pamiętasz? – spytał i nie czekał na odpowiedź

Wiedziałem, że nie wpuści mnie do domu.

Było już jasno, na tyle, na ile może być jasno, w spowity śnieżną mgłą, poranek. Mój wózek jechał jak chciał, bo nie było już dokąd jechać. Nie byłem w stanie mu pomóc odszukać właściwą drogę. Musiał zrobić to sam, moje kierowanie skończyło się wraz z granicami naszego małego osiedla. Nie wiem, ile razy zmuszałem go do pokonania kilkuset metrów po każdej możliwej linii. I nic, na gęstym śniegu nie znalazłem ani jednego śladu maleńkiej stópki. A wypatrywałem tak mocno, jak nigdy wcześniej. Kiedy postanowiłem już poczekać na śnieg, który zasypie mnie z całym smutkiem, zobaczyłem stópki. Były maleńkie, śliczne i bose. Tuż przed moimi oczami.

Nie wiem jak długo próbowałem podnieść głowę. Bałem się. Wiedziałem przecież, że ruch maleńkich stópek jest nie istnieje, tak samo jak moich.

Moja Dziewczyna nie żyła. Koniec srebrnego sznura, na którym leciutko poruszała się, zaczepiony był gdzieś na niebie. Bo przecież nie na tym brzydkim, suchym drzewie.

Buciki pasowały jak ulał. Były dokładnie takie, jakie być powinny. Moja Dziewczyna musiała poczuć ich ciepło na swoich nóżkach: bo raptem stanęła, zakołysała się, obróciła, zaśpiewała i zatańczyła. Takiego uśmiechu jeszcze Księżyc nie widział. Do dziś nie wiem, czy naprawdę dotknęła mnie swoim srebrnym warkoczem, czy tylko tak bardzo tego chciałem. Wiem tylko, że po Mlecznej Drodze nikt nigdy nie szedł tak ładnie jak Ona, aż gwiazdy iskrzyły spod obcasów. I jestem pewien, że pomachała mi na pożegnanie. Na pewno pomachała. A ja wciąż czekam z otwartymi oczami, aż zrobi to znowu.

Nadal mam lunetę. Jest długa i srebrna. Kiedy wysuwam ją na cała długość, sprawia wrażenie Mlecznej Drogi. Mała, okrągła szybka mojej lunety wyprawia mnie w kosmos. Tam prawie zawsze jest ciemno, chyba, że moja Gwiazda nie śpi. Wtedy nie widać już nic, poza Jej srebrnymi kroczkami. Czasem, w bezchmurną noc widzę, jak Moja Dziewczyna siada w gwiezdnym kąciku i zasłania twarz włosami i książką. Zawsze tą samą książką, moja Dziewczyna czyta tylko wiersze. Muszą być bardzo piękne, skoro czasem, kiedy podchodzi do szybki mojej lunety, uśmiecha się.

(Visited 24 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Play
Play
previous arrow
next arrow
Slider